Bolonka na rzece

Pamiętam blisko 20 lat temu, kiedy przeprowadziłem się na Mazowsze moim jedynym narzędziem wędkarskiego połowu była bolonka z centerpinem, Baa, nie był to centerpin taki jakie znamy z dzisiejszych półek sklepowych, a stara rosyjska „katuszka”, która miała wstawione łożysko. Dla mnie, wędkarza wychowanego nad Sanem było to narzędzie tyleż idealne co oczywiste. Oczywiście miałem wcześniej do czynienia z batami, tyczkami, czy odległościówkami no aleee bieda sprawiała, że jedyne na co mogłem sobie pozwolić to kiepskiej jakości bolonka i wspomniana katuszka. Co oczywiste, daleko było ówczesnym wędkom do tych, które dziś możemy znaleźć w sklepach. Rynek definiował import bazarowy zza wschodniej granicy, a tylko nieliczni szczęśliwcy mogli sobie pozwolić na wędki rodem z Włoch lub Niemiec.

piękny San skryty w lasach Pogórza Dynowskiego

Tyle tytułem powrotu do przeszłości. Jedno pozostało niezmienne przez te lata, co cieszy mnie niezmiernie. Mianowicie San! Dobrze, że jest, płynie nie wysechł, tudzież ruscy nam go nie zabrali 😀

Całe dzieciństwo i czasy obecne to poza epizodami z feederem i tyczką, to właśnie zmagania z bolonką w dłoni. Jako, że dzisiaj łatwiej o przemierzanie długich tras to niezmiennie swoje kroki kieruję oooo zgrozo nad San 🙂 Co prawda, rzadko już łowię w rodzinnym Jarosławiu, ale z uporem maniaka i niekrytą satysfakcją mam przyjemność łowić z chłopakami z Dynowa i okolic. Już niejednokrotnie czytaliście o Tomku, Pawle, Tobiaszu, Walusiu czy ostatnim ale nie najmniej ważnym „brzydkim Jaśku”. Tak tak, to właśnie szanowne grono pokazuje mi czeluści Dynowsko-Bachórskiego Sanu i dzieli się ze mną swoją wiedzą goszcząc mnie za każdym razem, za co jestem im bardzo wdzięczny. Ja wiem, że dla niektórych to może ckliwe pierdulety, ale szacunek dla ludzi, którzy bezinteresownie poświęcają nam czas i uwagę jest nieodzowny. Jako, że San w tych rejonach jest rzeką podgórską, miejscami bardzo płytką to co oczywiste najczęściej łowimy bolonką brodząc w wodzie. Zdarzają się sytuacje w których możemy łowić rynnie przy samym brzegu, ale jest to niezmiernie rzadkie. Pamiętajmy o tym, że z natury rzeczy bolonka jest metodą odległościową, która daje sporo możliwości.

nie może być lepiej 🙂

W odróżnieniu od łowienia klasyczną odległościówką, pozwala na łowienie bez zatapiania żyłki. Wprawni wędkarze potrafią niekiedy bardzo sprawnie wykorzystywać wiatr, odpowiednim ułożeniem wędziska, tak żeby niezależnie od przytrzymywania wysnuwanej żyłki, niejako hamować dodatkowo spływ zestawu. Jednym z podstawowych elementów skutecznego łowienia jest precyzyjne prowadzenie zestawu. Oznacza to zarówno utrzymywanie naszego zestawu w linii rozmycia kul zanętowych, jak i wykorzystywanie naturalnych przeszkód czy ukształtowania dna do tego by w odpowiednich momentach powodować unoszenie się naszej przynęty nad dnem lub jej opadanie. W takiej sytuacji podstawą jest znajomość łowiska, która często poprzedzona jest długotrwałym gruntowaniem. Im dalej łowimy w szybkim nurcie, tym gruntowanie jest trudniejsze i obarczone błędami. Kiedy wędkuję w Jarosławiu bolonką, często odbywa się to poza środkiem rzeki, dlatego wówczas nieodzowne jest nęcenie procą, czyli to co znane jest każdemu z klasycznej metody odległościowej. W zależności od głębokości łowiska możemy również różnie budować nasz zestaw. Najczęściej są to spławiki w postaci bombki mocowane na stałe, ale bywało, że trzeba było łowić spławikiem przelotowym –  bombką lub, sliderem. Niemniej ja osobiście nie znam wielu takich łowisk i w ten sposób łowiłem niezmiernie rzadko.

niezbędne minimum akcesoriów

Całość na ogół uzupełnia odpowiednio dobrana oliwka, śruciny sygnalizacyjne i w moim wykonaniu, najczęściej przypony długości 40cm. To znowu temat rzeka, niczym San bo można różnie kombinować z doborem długości, grubości żyłki czy rodzaju haczyka, w zależności od doboru przynęty, zmącenia wody czy tego jakich ryb się spodziewamy w łowisku. Nie chcę Wam narzucać swoich osobistych preferencji. Rzadko kiedy łowiąc na Sanie używam żyłek poniżej 0,10mm średnicy i krótszych niż 30cm. Z zanętami jest podobnie, wszystko definiuje łowisko. Ja mam swoje rzeczne standardy, które już znacie z poprzednich lektur dlatego nie będę się na ten temat specjalnie rozpisywać. Mój standard to ciężkie gliny rzeczne i obojętne mi czyjego producenta noszą logo, czy po prostu są zaczerpnięte z okolicznej skarpy. Całość najczęściej uzupełniają zanęty Lorpio lub Niwa, garść pieczywa fluo oraz białe robaki. Co prawda , stosuję pewne odstępstwa ale nie widzę takiej potrzeby żeby łowiąc rekreacyjnie dodatkowo to urozmaicać. Fakt faktem, jeśli chcę kusić brzany to wówczas w obwodzie jest żwir, białe robaki i guma arabska. Zaskakujące jest to, że wzorem naszych południowych sąsiadów idealnym dodatkiem do tak klejonych robaków potrafi być solidna porcja soli kamiennej.

Zestawy są proste zanęta prosta, a wędka? Jak to mawiają o gustach się nie dyskutuje alee……

Ja używam obecnie wędek Trabucco, Mivardi i Shimano. Łowię wyłącznie na bolonki 7m i uzupełniam je o kołowrotki centerpin. Fakt, gdybym musiał łowić daleko, to wtedy biorę klasyczny kołowrotek do odległościówki z szybkim nawijaniem żyłki. Tyle o technikaliach, a teraz kilka słów o naszym siedlisku.

Tobiasz obserwujący ślady żerowania świnek

Siedlisku dlatego, bo główny bohater moich ostatnich zmagań z bolonką pochodzi właśnie z poddynowskiej miejscowości zwanej Siedliska:) To właśnie niedaleko Tobiasza miejscowości San skrywa piękne łowiska, które dzięki jego uprzejmości miałem okazję poznać. Pisałem wielokrotnie, że w tych okolicach San zawsze skrywa inne oblicze. Miałem okazję się o tym przekonać zarówno brutalnie, jak i cudownie.

Dwie paskudy 🙂

Ze skrajności w skrajność, od uklejek po brzany 🙂 Miejsce, w którym obecnie łowimy od kilku tygodni to piękna rynna głębokości około 1,5 metra. Łowisko umiejscowione jest w środku rzeki, a to co najpiękniejsze to okoliczne lasy i totalny brak dojazdu nad wodę:) Jest więc znikome ryzyko, że ktokolwiek będzie nam zakłócać ciszę. Ciszę, która przy brodzeniu jest nieodzowne. Świnki i brzany to bardzo płochliwe ryby, dlatego stojąc w środku rzeki trzeba zachować maksimum ciszy.

tak łowi JAXON Team Siedliska 🙂

Łowiąc z Tobiaszem zawsze szykujemy solidną porcję zanęty, której połowa na start ląduje w łowisku. Tobiasz zna to łowisko doskonale i nie omieszkał poinformować mnie, że w jego centralnym punkcie znajduje się wielki kamień przed, którym ulokuje zanętę i za którym powinno być najwięcej brań. Jak się później okazało miał rację. Jako, że moje wizyty na Podkarpaciu to najczęściej tylko weekendy, to staramy się wykorzystać czas do maksimum. Rano sesja 4h łowienia, szybko powrót na kwaterę, kąpiel obiad i druga sesja do wieczora z Tobiaszem. W takiej sytuacji można nałowić się do syta i co bardzo ważne, w ciągu kilku dni ryby przyzwyczajają się do regularnej jadłodajni i to zwiększa nasze szanse na obfity połów. W tych okolicach na ogół następuje pewien standard. Pierwsze w łowisku meldują się małe, żarłoczne klenie, bo czym na wypłyceniach powoli pojawiają się spławiające się świnki.

Piękna świnka w godowych barwach. Takich tu pełno 🙂

Z czasem niemal w każdym przepłynięciu zestawu należy się spodziewać dynamicznego brania. Takie łowienie symultaniczne bark w bark w doborowym towarzystwie to świetna sprawa. Uczy techniki, wyczucia i przy okazji jest zawsze wesoło. Zawsze można podpatrzeć też kilku drobiazgów i wzbogadzić swój warsztat umiejętności. Łowiąc regularnie ryby łatwo też popaść w zadume, która może mieć różne przyczyny. Dobrze jest nie przegapić momentu w którym w łowisku kończy się jedzonko. Najczęściej w takiej sytuacji brania słabną. Trzeba być jednak ostrożnym, bo chwilowa cisza w łowisku oznacza zgoła coś innego. Dlatego wiedza na temat tego, jak długo rozmywa się nasza zanęta jest cenna.

rybki obowiązkowo wracają do wody

Wspomniana cisza może bowiem oznaczać powitanie w łowisku wąsatej królowej wszechrzek, BRZANY! Donęcenie w takim momencie, mylnie odczytane jako brak jedzenia może być zgubne i lądujący na jej głowie zanętowy „granat” tylko spłoszy rybę, która dla mnie jest świętym grallem wędkarstwa. Moment, w którym mieliśmy okazję ostatnio razem łowić przypadł niestety na okres bezpośrednio po tarle, dlatego ciężko było o kontakt z tymi rybami. Z Tobiaszem wszystkim rybom zwracamy wolność więc okres ochronny ma w tej sytuacji drugorzędne znaczenie.

chrum chrum

Jakkolwiek mieliśmy farta, bo kilka brzan zameldowało się na naszych wędkach, ale ku naszemu rozczarowaniu wszystkie tym razem wygrały, tę nierówną rywalizację:) Resztę zobaczcie sami 🙂 Na szczęście nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło bo ja w trakcie ostatniego wyjazdu, z którego wspomnienia są podstawą do tych rozważań złowiłem masę świnek, spędziłem super czas łowiąc z Tobiaszem i poznałem kolejne łowisko. Wy czytacie artykuł, a ja właśnie kilka dni temu wróciłem z kolejnego kapitalnego wypadu na podkarpacie i połowiłem świetnych ryb. Jesteście ciekawi, co tym razem?!

 ….na zdjęciu same świnie 😀

 

Tekst i Foto: Daniel Węgrzyniak 

 

 

 

Facebook