Klenie z zimowego Sanu

…..a może by tak rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady?! To powiedzonko tej zimy jakoś wybitnie często brzęczy mi w głowie. Ubiegłoroczna minęła głównie pod szyldem wyjazdów na podlodowe GPX Polski z drużyną Tubertini Przemyśl- (serdeczne pozdrowienia dla całej ekipy) ale jako, że w tym roku aura była kapryśna to jakoś tak się ułożyło, że zawody się nie odbyły. Nie miałem w sobie chęci, ani motywacji żeby wyciągnąć bałałajki z szafy i połowić pod lodem ale potrzeba wędkowania stawała się coraz silniejsza. Niemal całą jesień spędziliśmy z Pawłem Pyrdą na Wisłoku w Rzeszowie i była to jakaś opcja na kolejny weekend. Niestety ja jako naczelny dzikus miałem już odrobinę dość zgiełku za plecami, gdzie przy samej rzece biegnie deptak. Potrzebowałem ciszy… Klenie z zimowego Sanu

Piękna Panorama Pogórza Dynowskiego

 

Zjawiskowy, zimowy San

Dobry pretekst pojawił się dosyć szybko i niespodziewanie, okazało się, że po raz kolejny dynowski San miał mnie zaskoczyć. Przyznaję, że po sezonie jesiennym byłem odrobinę zniechęcony. Dostałem wtedy solidne baty od brzan. Jeździłem kilkukrotnie pół Polski by ramię w ramię z Pawłem połowić królowych polskich rzek. Niestety nieskutecznie 🙁 Co miałoby sprawić, że tym razem miałoby być inaczej? Przecież na zdrowy, chłopski rozum jest zima, brzany mają okres ochronny. Okazało się szybko, że to nie one miały być atrakcją, którą kusił mnie Jasiek i Waluś. Tym razem los padł na grube, zimowe klenie serwowane prosto z Sanowskich płycizn.

Jasiek łowił każdego dnia korzystając z uroków urlopu i gnębił mnie niemiłosiernie zdjęciami pięknie wybarwionych ryb. Nie było wyjścia, musiałem rozpocząć negocjacje w domu żebym mógł spokojnie udać się na Pogórze Dynowskie i spróbować swojego szczęścia w poszukiwaniu żarłoków wprost z rzecznego nurtu. W odróżnieniu od łapania w lecie tym razem taktyka miała być zgoła odmienna ale dla mnie bardzo korzystna bo nie chciało mi się tarabanić ton sprzętu. Tym razem nie było mowy o bagażniku pełnym glin, zanęt i całego tego majdanu związanego z wyczynowym wędkowaniem zestawem skróconym. Plan był prosty, bolonka z centerpinem i asekuracyjnie feederek. Szczerze mówiąc zupełnie nie miałem w planach by użyć feedera. Wydawało mi się, że poszukiwanie ryb migrujących w nurcie będzie po prostu bardziej efektywne i przyjemniejsze. Wszystko zostało ustalone, kwatera wynajęta mogłem więc spokojnie ruszyć w daleką podróż.

„Brzydki Jasiek” z dumą prezentuje swoją zdobycz

Szczerze mówiąc towarzyszyła mi duża ulga z racji tego, że nie byłem objuczony dużą ilością akcesoriów. Jak wspomniał Jasiek w zupełności wystarczy nam garść kukurydzy. Było to dla mnie odrobinę zaskakujące, szczególnie jak na łowy w zimnej rzece. Kukurydza zawsze kojarzyła mi się z wędkowaniem w pełni sezonu, gdzie ryby bardzo intensywnie pobierają pokarm i nie nasycają się szybko kukurydzą. Tym razem priorytet był jednak nieco inny. Kukurydza przede wszystkim miała być przynętą widoczną dla ryb z daleka, po drugie ilość ryb, które zgrupowały się na zimowisko w okolicy miała sprawiać, że jakiekolwiek ryzyko przekarmienia nie mogło mieć miejsca. Szybkie uzgodnienia z Jaśkiem i Walusiem( tak tak, to ten sam Bogdan Siekaniec, z którym miałem przyjemność łowić w ubiegłym roku na Wisłoku. Baaaa, zwycięzca rzeszowskiej eliminacji Sensasa 2017). Było nie było towarzystwo doborowe, w końcu to członkowie osławionego już w kraju klub Sensas Dynów.

Zimowe łowy to nie lada egzotyka, trzeba uważać żeby nie wywinąć orła na stromym brzegu

Koledzy mieli jeszcze dodatkowy atut w garści, który dla mnie był największym problemem. Znali tę rzekę jak własną kieszeń. Ja dynowskiego Sanu uczę się każdego roku fragmentami, a tego odcinka jeszcze nie obławiałem w przeszłości stąd moja wiedza na temat ukształtowania dna i co bardzo ważne sposobu zachowania się tamtejszych  ryb w zimie była żadna. Mógłbym mędrkować o tym jakie są klenie i jak się zachowują na zimowych łowiskach na Sanie w Jarosławiu, tylko po co?!

Piękna kondycja Sanowych kleni- te barwy to nie Photoshop

Już się wyleczyłem z takiego myślenia bo to dwa skrajnie różne łowiska, które notorycznie uczą mnie pokory, ale zamiast biadolenia trzeba było skupić się na łowieniu. Nad wodę ruszyliśmy dosyć późno, bo po godzinie 11. Niestety strudzony tygodniem pracy i podróżą musiałem się wyspać, a musiałem jeszcze opłacić kartę wędkarską na okręg przemyski. Nie mieliśmy więc wiele czasu na wędkowanie, bo zmrok o tej porze roku szczególnie w górach zapada szybciej i nagle. Ruszyliśmy więc z Walusiem na wyznaczone przez niego łowisko, a Jasiek musiał swoje urlopowanie dzielnie odpokutować w pracy. Tutaj muszę podziękować lokalnej paskudzie, bo gdyby nie jego pomoc to nie miałbym nawet przyponów na takie łowienie:) Moje pudełka to na ogół mikroskopijne haki i ultracienkie żyłki. Tutaj potrzebne było zgoła inne podejście do tematu. Przypony oparte o żyłki drennana w przedziale 0,12-0,14mm i mocne kute haki w rozmiarze 10.

Dla mnie niezawodny zestwaw. Żyłki do których mam zaufanie i mocne kute haki

Tyle bajdurzenia, jesteśmy nad wodą. Waluś pewnym krokiem prowadzi nas na swoje „bankowe” miejscówki i tu niespodziewajka, spinningiści byli od nas szybsi. Z ich relacji wynika, że nie ma szału. Złowili raptem jedną świnkę!

Ulubiona Rybka Marcina Kostery- to specjalnie z dedykacja dla niego 🙂

Mało tego, o czym nie miałem prawa wiedzieć, jako rzece Waluś, woda spadła jak cholera. Niestety nie ułatwiało nam to zadania, bo od razu wiedzieliśmy, że w takiej sytuacji ryby przesuną się w kierunku środka rzeki i dorzucenie zestawem spławikowym do miejsc ich stacjonowania może być trudne lub wręcz niemożliwe. Nie zrażaliśmy się jednak, a ja szczerze mówiąc byłem zwyczajnie szczęśliwy, że mogłem wędkować w tym miejscu i to  w takim towarzystwie. Uzbroiłem bolonkę w zestaw oparty na spławiku 5gramowym i przyponie na żyłce 0,14. Wydawało mi się, że będzie to zestaw toporny ale Waluś i Jasiek przekonywali mnie o tym, że tak trzeba. Sypnęliśmy garść kukurydzy i powoli zaczęliśmy obławiać najbliższą w zasięgu rynnę.

Woda płytka, a dno? Głaz na głazie. I jak tu nie łapać zaczepów?

Nie chciałem tego przyznać ale najzwyczajniej sobie nie radziłem. Niby banał, rzut-prowadzenie zestawu-zacięcie. Kilka przepłynięć pozwoliło mi na zlokalizowanie zaczepów w łowisku i urwanie kilku przyponów ale ryb jak nie było tak nie ma. Niestety Waluś, który stał w dole rzeki również nie miał nawet brania. Godzina łowienia, a my na zero. Byłem spokojny, bo wiedziałem, ze jest to środek zimy ale relacje Jaśka i Walusia z poprzednich połowów były spektakularne. Jasiek łowiąc dzień wcześniej miał 26 kleni więc dawało to podstawę do tego, żeby oczekiwać jakiegokolwiek kontaktu z rybą.

Waluś prezentuje klenia poobijanego zapewne przez kormorany- plagę tutejszych wód

Niestety pierwsza godzina pokazała, że to były płonne nadzieje. Liczyłem się z tym, że z biegiem czasu te ryby jednak przypłyną bliżej brzegu skuszone zalegającą na dnie kukurydzą ale szkoda mi było tego wyczekiwania. Widziałem daleko od brzegu, że ryby są i się spławiają dosłownie co chwilę dlatego postanowiłem wdrożyć w życie plan B. Szybkie uzbrojenie feedera i będę mógł ratować jakoś honor. U mnie zestaw wygląda prosto. Wypracowałem go wraz z Pawłem na jesieni, kiedy to próbowałem zapolować na brzanę. Trzeba tutaj pamiętać, że San w Dynowie to skała na skale. Tutaj nie ma zaczepów. Dla zestawu gruntowego, cała rzeka to jeden wielki zaczep. Wystarczy, że ciężarek wpadnie pomiędzy głazy i problem gotowy. Dlatego standardowo zakładam duży gumowy stoper, ciężarek i na koniec krętlik z gumową osłoną Drennana. Tak skomponowany zestaw wielokrotnie pomógł mi wyzwolić ciężarek z pomiędzy kamieni. Guma jednak „odbija” ze względu na swoją elastyczność, a stoper sprawia, że ruch ołowiu na żyłce jest delikatnie ograniczony i też nie jest podatny na zaczepy. Tyle teorii, teraz trzeba zacząć łowić. Z bolonką też byłem kozak i poległem jak koza pod płotem 😀

Czyż te klenie nie są piękne? Wy czytacie artykuł, a ja w tym czasie jadę nad San 🙂

Dla pełnego zobrazowania, łowiłem „ z ręki”. Tak wędkowaliśmy z Pawłem stojąc w środku rzeki i uznałem, że skuteczniej może być również tym razem. Wpatrywanie się w szczytówkę wędki opartej na podpórkach jakoś mi się nie uśmiechało. Mało tego, takie aktywne łowienie feederem daje też możliwość szybszej reakcji, a każde trącenie przynęty jest wyczuwalne w dłoni.

Pierwszy rzut lokuję w miejscu gdzie spławiały się ryby, daleko poza połową rzeki. Czuję jak ciężarek turla się po dnie rzeki żeby po chwili się zatrzymać. Dziwna sytuacja, znowu się przesuwa jakby pchnięty nurtem rzeki, zacinam instynktownie i od razu czuję uderzenie dolnika wędki w łokieć. W tym momencie już wiem, że to co nie stało się moim udziałem całą jesień dzieje się teraz. JEEEEEEEST! Wędka wygięta w pałąk, a ja szczęśliwy już wiem, że na haku zameldowała się brzana. Umęczyłem się w godzinę z bolonką, a tu taka niespodzianka, pierwszy rzut i od razu branie mojej wymarzonej ryby. Z każdą minutą holu realizacja marzenia łączyła się z cierpieniem. Silna ryba powoli masakrowała mi ramię. A wydawało mi się, że sił mi nie brakuje 🙂 Piękno walki z brzaną objawia się tym, że ma ona totalnie w poważaniu co chce zrobić wędkarz. Przyklejona do skalistego dna rzeki obiera najczęściej kurs w górę rzeki i bądź tu mądry wędkarzu. Zatrzymaj rozpędzoną lokomotywę. Taki hol ma też dodatkową trudność, barwena to bardzo mądra ryba, która w sposób bardzo celowy wykorzystuje swoją siłę i charakterystykę dna. Trąc pyskiem po głazach często powoduje, że hak się wypina lub żyłka przeciera o kamienie. Częstokroć „zawija” żyłkę na płetwę grzbietową, co tylko utrudnia zadanie wędkarzowi. Szczęśliwie tym razem walka okazała się skuteczna, ryba się nie wypięła, a ja musiałem jedynie podebrać rybę ze stromego brzegu. Frajda nie z tej ziemi. Szybka fotka i ryba bezpiecznie odpływa w doskonałej kondycji w miejsce swojego żerowania.

My precious 🙂 

Zza pleców dobiega moich uszu jakiś paskudny rechot, ale nie powinno mnie to dziwić, bo jego autorem był równie osławiony „brzydki Jasiek”, to i śmiech musiał być nietypowy 🙂 Jasiu, w końcu zakończył swoje obowiązki zawodowe i ze spławikówką w dłoni mógł do nas dołączyć. Miałem ciche przeczucie, że bardziej regularne donęcanie blisko brzegu zamiast osamotnionego w tym temacie Walusia może skutkować szybszą migracją kleni w kierunku linii brzegowej. Nie inaczej było tym razem, bo już po kwadransie zarówno Jasiek jak i Waluś zaczęli cyklicznie odławiać klenie. Teoretycznie powinienem być zazdrosny ale złowiona kilka chwil wcześniej brzana sprawiła, że było mi zupełnie obojętne czy złowię jeszcze cokolwiek przez cały weekend.

Kleniurek

Żeby nie było tak czarno biało San nie jest łowiskiem jednowymiarowym i sporo kleni zostało również na dystansie, więc mogłem je spokojnie odławiać, podczas gdy Jasiek i Waluś rozpoczęli istny festiwal. Śmiechu było co nie miara, a ryby również dopisały. Plusem wszystkiego jest to, że połowiliśmy sporo ryb, a każdy z nas był syty wrażeń. Ja celowo nie uchylam rąbka tajemnicy, bo  opowieść traktuje o kleniach. Ich łowienie wbrew pozorom to nie tylko tępe biczowanie wody w miejscu zgrupowania ryb. Sposób prowadzeniu zestawy, dobór przynęty, jej wielkości czy głębokości prowadzenia zestawu to elementy wypracowane przez moich współtowarzyszy. Ja mogłem tylko czerpać z ich doświadczenia, któregp skutkiem jest połów tak pięknych ryb. Sami zobaczcie jak piękne są dynowskie klenie, w doskonałej kondycji…

Brzydki Jasiek i Waluś dumnie prezentują połów. Dzięki Panowie za towarzystwo i kolejną lekcję 🙂

Ryby bezpiecznie wróciły do wody, a my weseli szykowaliśmy się na drugą rundę w niedzielę.

….a już za tydzień ku mojej uciesze, zapraszam do lektury ze spotkania z „Zimową brzaną”

Tekst i Foto: Daniel Węgrzyniak 

Facebook