Leszcze z zimnej wody

Łowienie w zimnej wodzie (poniżej 10 st ), zawsze wiąże się z ryzykiem nie złowienia ryby i zejścia na zero… Metabolizm wszystkich ryb, zwolniony jest do minimum, jedzą bardzo mało, czerpiąc energię ze zgromadzonej jesienią tkanki tłuszczowej. O tej porze roku, jeżeli już coś jedzą, to jest to mała przynęta i na pewno „mięsna”. Lodowata woda, nie wybacza błędów złego przygotowania, wiedząc o tym, postanowiłem spróbować swoich sił na wodzie PZW. Wybierając się w bardzo zimny weekend  na krótką sesję wędkarską wiedziałem co mnie czeka. Chciałem  połowić tytułowych „Leszczy z zimnej wody”. Wszystko ukierunkowałem na wyżej wymienione ryby, licząc na chociaż parę brań.

Minimalna ilość sprzętu i dobrze zorganizowane stanowisko – wszystko jest pod ręką 

Sypka, ale ciężka mieszanka 

Jak zawsze w moim przypadku, poranny wypad na ryby, rozpoczyna się dzień wcześniej, wieczorem. W domowym zaciszu, namaczam kilogram zanęty spożywczej o ciemnym kolorze. Zanęta składa się z bardzo drobno zmielonych cząstek, które bardzo ciężko przemoczyć. Po przetarciu, mieszanka jest bardzo sypka i pulchna. Przyjemnie i subtelnie pachnie – mocno aromatyzowane mieszanki nie sprawdzają się w zimnej wodzie. Ciemny kolor uwarunkowany jest kolorem dna, łowię na mulistym podłożu. O tak wczesnej porze (koniec marca), nie lubię robić jasnej plamy na dnie, przekonałem się, że jest to za duże ryzyko. Podobnie jak całkowite zrezygnowanie z zanęty, w wypadku zawodów ma to sens, natomiast gdy nie ma dużej konkurencji, lepiej podać czarną mieszankę. Samą zanętą oczywiście nie nęcę, dlatego przygotowuję także ziemię w ilości 4kg do której dodaję 400 g liant a coller. Dokładnie mieszam i przecieram przez sito. Powstały mix jest bardzo sypki i lekki, ale bardzo łatwo formuje się w kule. Po dodaniu namoczonej i przetartej zanęty, powstaje mieszanka, która bardzo ładnie rozłoży się na dnie, nie tworząc mocno sklejonej „kluchy”. Tak przygotowany, wrzucam wszystko do kotła i zostawiam do rana. Rano przed łowieniem, dodaję przynęty o których wspomnę troszkę dalej.

Parę słów o wyborze metody łowienia. Po raz kolejny sięgam po  drgającą szczytówkę. Za  takim wyborem stają argumenty podobne jak w czasie ostatniej wyprawy. Przynęta stabilnie podana na dnie, precyzyjnie podana, powinna skusić do brania ospałego leszcza. Małą ochotkę trzeba idealnie umieść w polu nęcenia,  najlepiej na cienkim przyponie. Za pomocą odległościówki, bardzo ciężko zastopować delikatny zestaw w jednym miejscu, z drgającą  szczytówką takiego problemu nie ma w ogóle. Poza tym, brania są bardzo subtelne i delikatne. Bardzo często jest to tylko muśnięcie przynęty, jeżeli nie zatniemy w tym momencie, wyciągniemy zestaw z wyssaną przynętą.

Dwie wędki dają więcej możliwości 

Na krótką 3 h sesję, wybrałem się z dwoma drgającymi szczytówkami firmy Rive – jedna wędka delikatna, druga mocna  z premedytacją na grubszego zwierza. Lekki kijek, uzbrojony w mały kołowrotek i żyłkę 0,14 mm, druga to plecionka 0,08 mm i przypon 0,10 mm! Łowienie na dwa takie same kije, mija się z celem, ponieważ jeżeli będzie dużo ryb, ciężko będzie  pozbierać się w szale brań – wtedy lepiej  skupić się na jednej. Ewentualnie, jeżeli postawimy dwie wędki na grubego zwierza – brań,  może nie być w ogóle ,ale jeżeli coś weźmie, to raczej duża ryba. Osobiście polecam wymieszanie metod, co wiąże się z bardziej uniwersalnym podejściem do łowiska. O tej porze roku powinno to gwarantować przynajmniej parę brań.

Łowienie na wodzie PZW, jak wiadomo jest dużo trudniejsze, ze względu na presję i zasady łowienia. Dobre miejscówki oblegane są od wczesnych godzin porannych i eksploatowane niczym dobre złoże. Na całe szczęście, mam alternatywy, dzięki którym mogę sobie pozwolić na późniejsze przybycie na łowisko i spokojnie zajęcie miejsca. Po przybyciu nad wodę, miejsce  wybieram przypadkowo, wiedząc czego mogę się mniej więcej spodziewać. Rozstawienie „majdanu” to raptem parę chwil – fotel, przystawki i jestem gotowy do nęcenia.

Przygotowany towar dzielę na dwie części, 70 % będzie na nęcenie wstępne pozostałe 30% do łowienia.  Przynęty jakie dodaję na pierwsze nęcenie to 150 gr jokera , odrobina martwych białych robaków i kasterów. Do mieszanki, którą ma służyć jako wsad do koszyka dodaję 200 gr jokera, grube białe  robaki, kastery i cięte czerwone robaki. Najczęściej to co podaję za pomocą małego koszyczka jest bardzo treściwe. Chcę ryby zainteresować i pobudzić do żerowania czymś lepszym (różnorodność przynęt)

Pierwsze nęcenie zajmuje mi trochę czasu, ale ze względu na mała głębokość 1,5m, nie będę już donęcał w trakcie łowienia. Uwarunkowuje to czasem łowienia – tylko 3h.  Jeżeli łowił bym dłużej, zostawił bym część mieszanki na donęcanie. Na szybką sesję, w zupełności wystarczy to co przygotowałem. Nadmienię tylko, że nie używam żadnych atraktorów.

Koszyczek w wersji 5 gr 

Precyzyjne nęcenie w zimnej wodzie jest bardzo ważne. Nie trzeba się spieszyć, warto dobrze przymierzyć i raz za razem wrzucać koszyk w wybrane miejsce. Konsekwencja bardzo się opłaca, ponieważ ryby ustawią się na mniejszym obszarze. To oznacza, że będą łatwiejsze do złowienia,  dzięki lepszej prezentacji przynęty. Co ciekawe, leszcze nie płoszą się dzięki zastosowaniu małego koszyka do łowienia. Efektem są bardzo szybkie brania – zaraz po posłaniu koszyczka następuje branie leszczyka. Ryby biorą albo od razu po opadnięciu zestawu na dno, albo po odczekaniu paru minut. Trzeba być czujnym i uważnie obserwować szczytówkę! Branie, może być w każdym momencie.


Czerwona pinka i ochotka – najskuteczniejsze przynęty

Po zanęceniu spokojnie rozwijam wędki i rozkładam resztę stanowiska. Z doświadczenia wiem, że  ryby potrzebują trochę czasu, żeby się wnęcić. Pierwsze przypływają małe płotki, po nich leszcze. Prawdzie łowienie rozpoczyna się najczęściej po 30 min, dlatego po zanęceniu nie ma pośpiechu. Dwie wędki lądują na podpórkach, przynęty założone, pozostaje spokojnie czekać na efekty. Te wg planu są po 40 minutach, pierwszy leszcz delikatnie przygina  szczytówkę. Kwituję to lekkim zacięciem , ryba stawia opór, ale pod brzegiem szybko się poddaje. Mały bremesik ląduje w podbieraku. Drugą wędkę ( z plecionką) przezbrajam troszkę grubiej i zakładam trzy martwe białe robaki. W tym wypadku, stawiam na selekcję ponieważ łowione na ochotkę leszczyki nie są wielkich rozmiarów. Ryby wielkości do 300 gr co chwila biorą, jednak sporo z nich spada. Wszystkie biorą niezmiernie delikatnie, zapięte są za  sam koniec pyszczka! Próba  szybszego holu kończy się spięciem ryby…. Trzeba wykazać się subtelnością w czasie podciągania ryby, wymusza to bardzo delikatny sprzęt, zwłaszcza małe haczyki.

Średnie leszczyki co jakiś czas lądowały w podbieraku

Moja nagroda za wytrwałość ………… 🙂

Przestawienie na grubszy sprzęt przynosi efekt po około godzinie, piękny leszcz postanowił sprawdzić wytrzymałość sprzętu. Branie na plecionce najczęściej jest bardzo pewne i mocne! Zacięcie jest zbędne, wystarczy rozpocząć hol. Tak było także w moim przypadku. Mocno wygięty kij zwiastował  sporej wielkości  leszcza, moje zdziwienie było tym większe, gdy go zobaczyłem w podbieraku. Piękna, marcowa  łopata błyszczy się w podbieraku. Cieszę się w takich momentach, ponieważ udało się poskładać cała układankę w całość i skusić sporą  rybę do brania. Radość jest tym większa, że czynię to praktycznie w połowie marca. Drugi wypad  w bieżącym roku obdarowuje mnie sporą rybą. Pełen werwy łowię dalej starając się złowić kolejnego. Dokrajam kolejną porcję czerwonych robaków, dosypuję troszkę kasterów i łowię dalej. Łowisko  opanowują jednak średniaki, czyli rybki w przedziale 150-300 gr. Biorą bardzo pewnie, co skutkuje powiększaniem połowu.

Cały połów tuż przed wypuszczeniem – same leszcze !

Niestety mija magiczne 3 h, po których to postanawiam  kończyć łowienie. Nie obeszło się bez pamiątkowej fotki, oczywiście na mokrej macie. Ryby w świetnej kondycji trafiły do wody po wykonaniu paru zdjęć. Czas poza wodą, staram się skracać do minimum, dlatego wszystko przeżywa. Ja się cieszę, że wyprawa leszczowa, pomimo strasznych warunków atmosferycznych (wiatr i deszcz) bardzo się udała. Ogólnodostępne wody są trudne do łowienia, tym większa moja satysfakcja. Mam nadzieję, że od tej pory, wczesnowiosenne leszcze nie będą dla was już takim wielkim wyzwaniem 🙂

 

Tekst: Marcin Kostera

Foto: Marcin Kostera, Maciek Krosnowski

Facebook