Lin i karaś – prosto i skutecznie

Tegoroczne lato nie daje chwili wytchnienia. Albo serwuje nam ponad 30 st upały, albo tydzień deszczu. Ryby także odczuwają zmiany pogody, dlatego nie żerują zbyt chętnie. W tym roku naprawdę ciężko o jakieś konkretne wyniki. Zdarzały się bardzo ładne połowy, niestety przeplatane „mizerią”.   Osobiście nie lubię „pustki” w swoim wędkarskim fachu, dlatego szukałem rozwiązania.  Te przyszło do mnie przypadkowo – jak zawsze  :)  Lin i karaś

Parę karasi w ciągu 15 min 🙂 upalne popołudnie na wodzie PZW

Pewnego letniego popołudnia chciałem spędzić chwilę nad wodą. Znajomi karpiarze robili zasiadkę, więc przyjechałem porozmawiać i przy okazji odpocząć po pracy na łonie natury. Wędkę mam ze sobą prawie zawsze, dlatego przy okazji zarzuciłem pod samym brzegiem- tuż obok liści grążela. Zanęta i przynęta jaką miałem to zwykła  bułka 🙂 niestety nic innego nie miałem. Założyłem kawałek na haczyk, a parę kulek wrzuciłem w pobliże spławika. Nie liczyłem na wiele, ponieważ wszystko wydawało mi się zbyt proste.

Takie miejsce, aż pachnie rybami ….

Wesołą rozmowę przerywa znikający spławik i niestety nie trafiam z zacięciem … Zarzucam kolejny raz, tym razem nie odkładam matchówki. Branie po 5min i zacięcie w tempo, moje zdziwienie było tym większe, że zaciąłem solidną rybę. Podebranie ręką pół kilogramowego karasia do najłatwiejszych nie należy, jednak mi się udaje i wyciągam zdrowego karasia srebrzystego. Bardzo zdziwiony zarzucam kolejny raz i wyciągam prawie kilogramowego lina, który dwukrotnie był bliski zaparkowania w grążelach. Na całe szczęście „zielonego” udaje się utrzymać, na granicy wytrzymałości sprzętu.

Karaś wyrwany z grążeli 🙂 nawet tej wielkości ryba dostarcza wrażeń 🙂

Powyższą sytuację można traktować jako przypadek, jednak wracając wspomnieniami do młodzieńczych lat – kiedyś tylko tak łowiłem! Były to czasy, gdy nie znałem super zawodniczych zanęt, a jokers był tylko dla wybranych. Łowienie było bardzo proste, ale wymagało mobilności i zmysłu obserwatora. Analizując wszystkie warunki – znów mi się zachciało łowić tak jak kiedyś, ale z lekką modyfikacją.

Zaciśnięty na haku miąższ chleba to przynęta która najlepiej się sprawdziła 

Przygotowania rozpocząłem dzień wcześniej w domu. Założenia miałem bardzo proste, ograniczyłem się tylko do dwóch przynęt(zanęt) – płatki owsiane oraz chleb tostowy. Trzeba je jednak przygotować, co nie powinno stanowić problemu. Chleb tostowy, który ma nam służyć do nęcenia,  trzeba zmielić na drobne frakcje. Ja do tego celu używam blendera i przystawki z kompletu. Mielenie zajmuje raptem parę sekund, otrzymaną mieszankę wsypuję w worek foliowy i pakuję na wyjazd. Trzeba szykować jednorazowe porcje, ponieważ przetworzone pieczywo szybko jełczeje. Trzeba pamiętać, żeby na łowisku namoczyć delikatnie „miks tostowy”  wodą. Cząstki będą lepiej tonąć.

Etapy przygotowania chleba tostowego

Efekt finalny czyli zmiksowany chleb

W między czasie gdy zajmowałem się chlebkiem, zagotowałem w czajniku wodę. Wrzątek ma mi posłużyć  do zalania płatków owsianych na durszlaku. Przygotowaną ilość przelewam wodą – najpierw gorącą, później studzę zimną i zostawiam całość do rana. Ot cała filozofia przygotowania 🙂  Rano wsypuję tylko do pojemnika i gotowe. Bardzo proste ale czy skuteczne ???

Wsypujemy suche płatki 

Zalewamy wrzątkiem 

Po około 2 minutach przelewamy zimną wodą i zostawiamy do wyschnięcia – można przełożyć na ścierkę

Wszystko co zabieram ze sobą na ryby, jeżeli chodzi o nęcenie i łowienie znajduje się na zdjęciu poniżej 🙂

Po lewej chleb tostowy po prawej płatki owsiane 

Lekka modyfikacja o której mówiłem to łowienie na skróta. Zależało mi na precyzji, szczególnie w trakcie nęcenia. Nie można było łowić daleko od grążeli, ponieważ to w nich ryby miały schronienie i nie chętnie opuszczały bezpieczna kryjówkę. Dopiero łowienie pod samymi liśćmi, przynosiło skutek w postaci brań. Te były najczęściej bardzo pewne i zdecydowane. Jednak hol, często siłowy, robi sporo zamieszania i płoszy resztę ryb. Najprościej i najlepiej zmienić miejsce. Nie ograniczam się do zasiadki, tylko aktywnie poszukuję żerujących ryb. Wiąże się to z ograniczeniem sprzętu, do absolutnego minimum. Tyczka i mało sprzętu, daje radę tylko trzeba sobie uświadomić, że łowimy blisko brzegu, więc potrzeba nam 5 elementów. Dlatego, też nie zabieram rolek, cofając wędkę można ją położyć na trawie – nic się nie stanie. Wg mnie, jest to o wiele ciekawsze łowienie, ale o tym za chwilę … 🙂

Do kompletu trzeba zabrać długi podbierak, chodzi przede wszystkim o długą sztycę. Niestety, często trzeba rybę sięgać bardzo daleko, poza pasem grążeli. Uważam, że krótsze najzwyczajniej w świecie nie sprawdzają się w ciężkim terenie. Dla mnie jest to najcięższy „gadżet”, jednak nasadowa sztyca bardzo łatwo się skraca. Warunkiem mobilności jest mała ilość sprzętu, aby w każdej chwili móc iść dalej, najlepiej za jednym razem.

Dwie ryby żyjące obok siebie: karaś srebrzysty oraz rodzimy karaś złoty

Nęcenie nie może być zbyt obfite, dlatego zanęcam tylko za pomocą kubeczka zamontowanego na szczytówce. Docelowo, to rozwiązanie stosuje się na karpiodromach, jednak do mojego łowienia również nadaje się idealnie ! Porcja, która wejdzie na nęcenie wstępne jest wystarczająca. Większa ilość rozprasza ryby i ciężej je złowić. Trzeba być świadomym, że pływające ryby robią w wodzie dużo zamieszania. Dlatego lepiej nęcić mało i ewentualnie donęcac!

Poniżej widać, jak wygląda takie nęcenie w obiektywie. Zwróćmy uwagę na drobniutkie cząstki które opadają na dno tworząc chmurę. Co ciekawe, nie ściągamy w ten sposób drobnicy, tak jak w przypadku robaków. Miejsce zanęcenia nie jest przypadkowe ponieważ to właśnie tam ryby czują się bezpiecznie.

Napełniony malutki kubeczek 

 

Miejsce wybranie bardzo precyzyjnie ( trzeba zwrócić uwagę jak rosną łodygi)

 

Po zetknięciu z wodą zaczyna opadać chmura cząstek 

 

Odrobinki mogą się unosić na powierzchni, po chwili jednak utoną 

 

Widoczne małe okruchy utworzą na dnie miejsce w którym chętnie będą żerować ryby 

Łowienie rozpoczynam od sprawdzenia gruntu, przynęta bezwzględnie musi leżeć na dnie, ewentualnie  na styku. Łowienie powyżej nie przynosiło dobrych rezultatów. Spławik bardzo lekki 0,3 – 0,4 gr z grubszą antenką świetnie pokazuje  brania. Żyłka główna to aż 0,18 mm ! Niestety, trzeba mieć zapas mocy, bo ryby od razu chcą uciekać w zielsko, dlatego potrzeba zdecydowanej reakcji. Zdarzało mi się łowić cieniej, niestety po którejś zerwanej rybie – przeszedłem na sprzęt wersji XL.

Takie miejsce nie wybacza kompromisów, trzeba bardzo szybko holować !

Parę słów o wspomnianym na początku tekstu zmyśle obserwacji. Żerujące ryby można dostrzec, np. gdy pokazują się malutkie pęcherzyki powietrza. Często poruszają się liście obcierane przez przepływające ryby, czasem nawet widać po spławiku jak się obcierają o żyłkę. Wtedy też, trzeba je lekko zachęcić i pokazać, że jedzonko jest w okolicy. Do kubeczka wsypuję dosłownie 10 płatków i podaję w łowisko, od razu wstawiając zestaw. Branie następuje dosłownie po chwili, jeżeli go nie ma, to przestawiam zestaw. Bezproduktywne czekanie nie jest dobrym rozwiązaniem, pamiętajmy, że ryby nie boją się opadającego pokarmu! Powinien je przyciągać, gdyż jest dobrze widoczny.

Bardzo subtelne donęcenie 


Bardzo delikatne donęcanie ! Większa ilość zwyczajnie płoszy ryby !!

Hol pod samymi grążelami, jest bardzo emocjonujący i dostarcza wielu wrażeń. Szczególnie, jeżeli wiemy, że naszym przeciwnikiem jest duży lin albo karaś. Takie ryby o dziwo bardzo często pływają pod samym brzegiem, patrolując łany grążeli i trzcin. Szukają pożywienia i wybierają najlepsze kąski. Co ciekawe, niechętnie wychylają się poza bezpiecznie „zielone” schronienie. Dlatego trzeba łowić bardzo blisko liści.

Przy takim żerowaniu branie jest tylko kwestią czasu ….. 

Odradzam stosowanie plecionek, ponieważ są bardzo widoczne w wodzie i czynią dużo szkody w przypadku zerwania. Dobrej jakości żyłka w zupełności wystarczy. Całości dopełni mocny haczyk i wcale nie taki mały – 14  lub 16 wydaje się optymalnym rozmiarem. Przynęta na pewno zakryje ostrze, ponieważ łowimy na płatki lub miąższ zaciśnięty na haczyku.

Kilogramowy karaś to wspaniała nagroda  za włożony trud 🙂 

Osobiście cieszę się, że „wróciły” wspomnienia i przypomniałem sobie jak proste może być łowienie. Ładne ryby utwierdziły mnie w przekonaniu, że w okresie letnim łowienie na „chodzonego” z chlebem może być bardzo skuteczne. Proste przynęty, często są bardzo skuteczne o czym ponownie przekonałem się w bieżącym roku. Wystarczy odrobina wiary 😀

Zachęcam do spróbowania !!!

Tekst i Foto: Marcin Kostera

 

Facebook