Łowienie linów na tyczkę

Łowienie linów na tyczkę, niewątpliwie nie należy do najłatwiejszych, szczególnie gdy pogoda jest tak niesforna, jak w tym roku. Zmarznięte cztery litery były ostatnio nieodzownym towarzyszem wędkarskich wypraw. Na szczęście wiosna powitała nas na dobre i w miejsce zimnego wiatru pojawiła się piękna, słoneczna pogoda, która pobudza skutecznie do żerowania większość gatunków ryb.

„Wodowanie” stanowiska sprzyja spokojnej atmosferze łowienia

Jako, że Marcin z kolegami ostatnio poszaleli z pickerami w dłoni, ja również zapragnąłem starcia z rybą „ponadwymiarową”. Żeby nie było monotonnie, zamiast lekkiej gruntówki wymyśliłem sobie łowienie zielonych rybek na zestaw skrócony, zwany potocznie tyczką.

Łowisko to dobrze mi znany, płytki zbiornik PZW. Niestety w tym roku wędkowałem tam jedynie odległościówką, dlatego próba łowienia z premedytacją linów na tyczkę stanowiła dla mnie nie lada wyzwanie. Nie ma co robić sobie złudzeń, planowanie polowania na liny nie należy do najłatwiejszych i konia z rzędem temu, kto uważa się za specjalistę od zasiadek na ten gatunek. Ja znam tylko jednego takiego skurczybyka, którego nader często można spotkać na łamach naszej strony 🙂

Mój wypad chociaż podparty podrażnieniem ambicji wędkarskich, jak zwykle był dosyć spontaniczny i tym razem mocno nieprzygotowany. Budzik zadzwonił o 4 rano, a ja po krótkiej kłótni z nim uznałem, że lepsze kilka godzin drzemki niż zrywanie leniwego dupska na ryby. Bo przecież ryby nie uciekną. Na nic się zdało przekonywanie Marcina dzień wcześniej, że jeśli mam połowić to maksymalnie do godziny 11, a później mogę sobie jedynie pomarzyć o dużych rybach. Wziąłem sobie tę poradę mocno do serca, bo lekko rozmiękczony stawiłem się na łowisku, gdy słońce było wysoko na niebie, mocno przypiekając skronie miejscowych wędkarzy,….. a wskazówka zegara nieubłaganie zbliżała się właśnie do godziny 11.

Minimum sprzętu i wszystko pod ręką to podstawa 

Nie ma się co łamać, szybkie ładowanie taczki „pierdyliardem” gratów i można ruszać na wypatrzone przez siebie miejsce. Z relacji napotkanych wędkarzy, w tym jednego którego bardzo szanuję za jego umiejętności wynikało, że dzisiaj ryba nie żeruje. Wspomniany kolega wojował z odległościówką i pomny swych doświadczeń z ubiegłego tygodnia właśnie w tym upatrywałem swojej szansy albowiem łowiąc matchem nie miałem spotkania z dużymi rybami, na które tak mocno dziś liczyłem. Nałowiłem się wówczas do syta małych leszczyków, ale nie było to spełnienie moich ambicji.

Nie pozostało mi nic innego jak zabawić się w wodnika szuwarka. Jako, że za moimi plecami spodziewałem się spacerowiczów, moje stanowisko postanowiłem rozstawić w wodzie. Początkowy hałas miał być zrekompensowany tym, że nie będę przeszkadzał innym osobom skąd inąd długaśną wędką. Łowisko jest płytkie z wyraźną warstwą zalegającego na dnie mułu, dlatego podstawą dzisiejszego nęcenia miała być ziemia. Tutaj kieruję szybkie pozdrowienia do naszych przyjaciół z Dynowa (Pawła, Tomka, Frania, Bogdana i caaaaaałej ekipy), która to na jesieni zaopatrzyła mnie w zapas rewelacyjnej bieszczadzkiej ziemi. Opowieści o jej wydobywaniu ze żmijowiska to historia na odrębną, ciekawą opowieść. Dlaczego akurat ta, a nie inna? Ktoś powie, ziemia to ziemia. A ja powiem – jak ją kiedyś weźmiesz w dłoń to zrozumiesz 🙂

Dla mnie jest zupełnie inna od tych, które dotychczas miałem przyjemność stosować i stanowi idealny nośnik dla delikatnych larw ochotkowatych- lekka, sprężysta, czego chcieć więcej?

Obfitość robaków jest konieczna przy intensywnie żerujących linach

Całość jest okraszona symboliczną ilością zanęty, odmierzoną z chirurgiczną precyzją, metodą „na oko”. Mogę się pomylić o jedno ziarnko lub dwa ale było tego około 300gram. Intensywnie domoczona, aromatyczna i dobrze klejąca miała stabilnie zalegać na dnie, a podana w lekkiej ziemi nie zatonąć w mule. Czy się uda, czas pokaże. Na takie łowiska od jakiegoś czasu preferuję mieszanie na sucho ziemi z klejem. Na ogół jest to coller, który nie ma takiej mocy wiązania by kule niczym kamienie zaległy w łowisku. Osobiście jako leniwe stworzenie korzystam do tego celu, z wiertarki z mieszadłem. Nie tylko dlatego, że nie chce mi się robić tego ręcznie, ale użycie mechaniki po prostu pomaga równomiernie rozprowadzić klej w ziemi. Tak przygotowana mieszanka na ogół nie wymaga dodawania grama wody, mamy wówczas gwarancję, że robaczki będą swobodnie uwalniać się z ziemi, a ryby będą mogły je bez problemów wyjadać.


Całość zanęty dodałem do ziemi w proporcji 1:3, a resztę ziemi wykorzystałem do podania dużej ilości mrożonego jokersa. Jako, że mieszanka miała być podana kubkiem zanętowym, zabrałem się do lepienia kulek. Na start do wody wylądowało 10kulek mieszanki ziemi i zanęty, popartej 5 kulkami ziemi z robakami. Łukasz, który zaszczycił mnie tego dnia swoją wizytą skwitował to wszystko komentarzem, że tak najlepiej bo łowisko sobie odpocznie, a ryby ustawią się w łowisku. Zawsze się zastanawiam co to dla czytelnika oznacza, że ryby ustawią się w łowisku. Widocznie po prostu pojawią się, by stołować się w zanętowo-robaczanym poczęstunku.

Spławiki Rive to od kilku sezonów faworyci przy takim łowieniu

pełen minimalizm

Dopiero teraz wbrew wyczynowemu elementarzowi postanowiłem dobrać zestawy. Łowisko wcześniej wygruntowałem, żeby ustalić głębokość, ze względu na podniesiony poziom wody, ale że znam to miejsce doskonale to wiedziałem, że mogę się spodziewać równiutkiego blatu.

Tutaj po raz kolejny uwidoczniło się moje lenistwo. W topach miałem bowiem amortyzatory z ostatniego łowienia na Wisłoku. Rzeka co prawda wówczas leniwa, ale to jednak rzeka. Oczekiwałem jednak dużych ryb dlatego z premedytacją nic nie zmieniałem i użyłem krótkich 2-elementowych topów z gumami pustymi w środku, potocznie zwanymi wentylami. Ich grubość oscylowała w przedziale 1,2-1,5mm. Do łowienia wybrałem 3 spławiki ze szklanymi antenami w gramaturach 0,4;0,8;1,0. Rozłożenie obciążenia było klasyczne. Nie upatrywałem w tym klucza do sukcesu dlatego nie było potrzeby by wymyślać cuda. Całość zestawu została zwieńczona przyponami o długości 25cm z haczykami Kamasan. Testuję te haki od ubiegłego roku i muszę przyznać, że jest to jeden z moich hitów. Osobiście potrzebuję dużo zaufania do sprzętu, którym łowię, żeby ewentualnych niepowodzeń nie zwalać na jego mankamenty, a własne błędy i braki w technice. Krótko mówiąc haki Kamasan są kozackie i nie jest to informacja sponsorowana 🙂

Mój osobisty HIT. Haki Kamasan mają moje pełne zaufanie

Całość gotowa, tyczka ustawiona na rolkach, więc dwie ochotki lądują na haczyku i lekko przegruntowany zestaw ląduje w wodzie. Już pierwsze wstawienia sygnalizują obecność ryb. Początkowo są to niewielkie leszczyki. Z pełnego zamyślenia i holu jednego z nich wyrywa mnie głos lokalnego gawędziarza Macieja. Zdjęcia jego połowów nie raz mieliście okazję śledzić na łamach naszej strony.

 

Chyba, nie przesadzę stwierdzając, że Marcin nauczył Macieja wędkarskiego fachu, który teraz władając pickerem jest pogromcą naprawdę pokaźnych ryb w okolicznych łowiskach. Duży szacunek dla niego za zawzięcie i zdobyte umiejętności. Ja akurat jestem cichą marudą, dlatego perspektywa pogawędek nie nastrajała mnie pokojowo. Gdyby nie to, że nęcenie miałem za sobą to Maciej miał stanowić wkład mięsny łowiska 🙂

Wygłupy na bok- ledwo zawitał mój gość, a na gramowym zestawie pojawia się potężne branie. Guma 1,4 błyskawicznie wyjeżdza z topu by po chwili hak wyskoczył z rybiego pyska. Lekka adrenalinka i wkurzenie, to emocje które momentalnie towarzyszą pierwszej konfrontacji. Dobrze i źle. Ryby się pojawiły ale pierwszą szansę już spartoliłem.

3…2…1… i odpływa w siną dal

Szybkie zluzowanie amortyzatora, donęcenie solidną partią ziemi z jokersem i łowimy dalej. Powoli pojawia się coraz więcej niewielkich niestety leszczyków, po czym następuje dłuższa chwila bez brania. Niewielka fala niestety utrudnia obserowowanie lustra wody. Nie wiem więc czy pojawiły się ślady żerujących ryb objawiające się bąbelkami pojawiającymi się na powierzchni wody. Cisza jednak nie trwa długo, a zestaw znowu nurkuje pod wodę. Zacinam, by znowu nie cieszyć się długo holem. Wkurzenie sięga zenitu, a mój towarzysz wymownie stwierdza, że mógłbym chociaż jednego bonusa wyjąć z wody, by mógł mi zrobić zdjęcie. Nie ma się co łamać, donęcam i łowię dalej. Przy okazji dochodzę do wniosku, że przeczekiwanie brań na niewiele się zda. Dlatego zmieniam przypon na długi, 40cm. Taki wybór był podyktowany również tym, że moje zestawy były dobrane idealnie do długości 2-elementowego topu, a z racji podniesionej wody do szczytówki było tylko 10cm żyłki. Z jednej strony lenistwo, z drugiej głupota ale faktycznie nie chciało mi się zmieniać zestawów. Jak się szybko okazało, taki wybór okazał się strzałem w dziesiątkę. Musiałem co prawda pilnować by podmuchy wiatru nie pomiatały mi wędką. Zestaw musiał stabilnie tkwić w łowisku. Takie jego skomponowanie, połączone z regularnym donęcaniem szybko poskutkowało kolejnym atomowym braniem. Pierwszy zryw i stanowcze szarpnięcia szybko utwierdziły mnie w przekonaniu, że nie mam do czynienia z leszczem, a z zielonym stworzonkiem lub szalonym karpiszonem. Tym razem szybki hol został zakończony sukcesem, a ja mogłem cieszyć się z sukcesu. Piękny i pierwszy mój tego roku lin wylądował w podbieraku. Maciej jeszcze zaśmiał się pod nosem, że muszę kupić większy podbierak, bo ryba nie chciała się w nim zmieścić. Ciężko o lepszy komplement 🙂

Gram w zielone, gram w zielone 🙂

Szybka sesja zdjęciowa i ryba ląduje w siatce, żeby wróciła do pełnej dyspozycji i zaczekała na kilka zdjęć na koniec dnia łowienia. Ponowna porcja rybich smakołyków ląduje w wodzie, wymiana przyponu i walczę dalej.

Jak już wiem, że pojawiły się liny, przy każdym donęcaniu dodaję do ziemi odrobinę ochotki haczykowej, a na wierzch niczym wisienkę na torcie wsypuję odrobinę barwionych na kolorowo robaków mięsnych. Liny lubią mięsko!

Piękny lin wyholowany na przyponie 0,07

Nie ukrywam, że spodziewałem się coraz lepszych brań z każdą minutą, ale zamiast tego ryby zrobiły się coraz bardziej chimeryczne. Z tyłu głowy miałem to, że jest już dosyć późna godzina więc te pierwsze spotkania z dużymi rybami, mogły być dziełem przypadku. Nie zamierzałem jednak składać broni, dlatego szybko zmieniłem zestaw na najlżejszy, a na jego koniec zamontowałem przypon 0,08 z haczykiem o nr 20. Pęczek ochotek i szukamy „zielonych” dalej. Dwa szybkie brania to spotkanie z kolejnymi leszczykami, po czym nastąpiła dobrze znana mi cisza. Pojawiające się na tafli wody bąble sygnalizują ponowne pojawienie się w łowisku dużych ryb, a mi przypomina, że trzeba cierpliwie czekać i pewnie zaciąć. Przy tak płytkiej wodzie, trzeba to zrobić dosyć sprawnie, by przy pustym zacięciu nie wystrzelić zestawu w powietrze, plącząc wszystko bezpowrotnie.

Uroda tych ryb zawsze mnie urzeka

Cisza na szczęście nie trwała długo, oszczędzając moją kruchą cierpliwość, a pewne branie zostało skwitowane równie pewnym zacięciem. Teraz zostałem już sam, bo Maciej przywiedziony domowymi obowiązkami oddalił się do gotowania obiadu, jak na gosposię przystało 🙂

Grupka spacerowiczów jednak nie zawiodła i dzielnie mi kibicując razem ze mną cieszyli się kolejną czerwonooką rybką w podbieraku. Jest!!! Kolejny Lin na tyczkę.

Uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam…

Powtarzam schemat, donęcam i poluję dalej. Koledzy mawiają, że najlepszy jest lin w śmietanie, dlatego apetyt rośnie w miarę jedzenia. Bardziej poważnie, marzy mi się po prostu regulaminowy komplecik w postaci 3 linów na zdjęciu.

Wszystko powtarza się jak w zegarku. Zaraz po dostarczeniu rybom jedzonka do haczyka doskakują leszczyki, których rozmiar niestety nie przekracza 0,5kg, po czym następuje przerwa w braniach i buuuuuum. Kolejna torpeda targa moją tyczką. Tym razem szarpnięcia są łagodniejsze, dlatego spodziewam się karasia. Moja ocena jest jednak błędna, bo znowu witam się z linem. Tym razem był to jednak mniejszy kuzyn złowionych wcześniej okazów. Mały czy duży, lin jest dla mnie zawsze piękny więc cieszę się z każdego egzemplarza. Donęcam i łowię dalej. Powoli smsy od żony przypominają mi, że czas radosnego połowu linów na tyczkę się kończy. W głowie powoli majaczy mi myśl, o pakowaniu tych wszystkich gratów, dlatego szybko powiadamiam Maćka, żeby przyjechał na krótką sesję zdjęciową.

Z tej chwili rozważań nad organizacją powrotu do domu wyrywa mnie kolejne atomowe branie. Tym razem hol jest dłuższy, odjazdy ryby bardziej płynne ale mocniejsze. Zastanawiam się co pierwsze odmówi posłuszeństwa. Czy urwie się żyłka, czy rozegnie cienki haczyk? Na szczęście jedno i drugie jeszcze wytrzymuje, a ja pięknego lina zbliżam do podbieraka. Lin to jednak mądra ryba i widząc siatkę daje jeszcze jednego mocnego nura pod wodę licząc na ucieczkę. Na moje szczęście nieskuteczną. Tyczka pięknie się gnie pod naporem tak silnej ryby, by w końcu zwieńczyć hol sukcesem. Mam go. Koniec wieńczy dzieło, a ten egzemplarz jest największy ze złowionych dzisiaj.

Czyż nie jest piękny?

Złowiona ryba jest zarazem ostatnią tego dnia, a ja szczęśliwy mogę pakować manatki. Licznik zatrzymał się na kilkudziesięciu leszczykach, kilku płotkach jednym okoniu i 4 linach, z których trzy największe dumnie pozowały do zdjęć. Nie byłbym sobą, gdyby liny zamiast wylądować w śmietanie, spokojnie odpłynęły w doskonałej kondycji. Ten widok zawsze najbardziej cieszy.

Piękne ryby w doskonałej kondycji…

 

Ja mam kolejną wyborną lekcję za sobą i szczęśliwie dla mnie zwieńczoną sukcesem. Lin i tyczka to odtąd dla mnie idealne połączenie. Ja połowiłem do syta, a moje ambicje podrażnione przez Marcina zostały zaspokojone

Obowiązkowo, wszystkie ryby wracają do wody…

 

Tyczka i Liny, Liny na tyczkę – Polecam!!!

Tekst: Daniel Węgrzyniak

Foto : Maciej Krosnowski

Facebook