Pozdrowienia z Siemianówki

Znacie te emocje związane z dłuższym wyjazdem na ryby ? Niepewność co do wyników poprzedzona jest wieloma godzinami rozmów. Analiza miejsc i wielkość ryb pobudza wyobraźnie, a więc działa na wędkarskie zmysły. Jadąc w docelowe miejsce, snujemy plany, jakie to olbrzymy będą sprawdzały wytrzymałość sprzętu. Leszcze, które nie mieszczą się w przerębel, okonie zrywające najgrubsze żyłki, płocie giganty – to tylko owoc wędkarskiej wyobraźni. Szczerze mówiąc, jest to nieodzowny element wyprawy, dlatego nic dziwnego, gdy opowiadamy o tym jeszcze długo po powrocie.

Ranek na Siemianówce … dla samych widoków warto jechać !!!

Nasze plany także były bardzo ambitne! Ryby widzieliśmy oczami wyobraźni, także  droga na miejsce umilona rozmowami trwała dosłownie chwilę. Kilometry mijały, jeden za drugim, aż o godzinie 22 meldujemy się na miejscu. Rozpakowanie zajmuje chwile, ponieważ sprzęt podlodowy ograniczony jest do minimum. Na miejscu czekała  już reszta załogi, która przywitała nas uśmiechem i pytaniem ….. gdzie my jesteśmy?? Ich zdziwienie dotyczyło pustki jaką widzieli na ostatnich kilometrach. Cisza to za delikatne określenie – byliśmy sami, jedyny samochód jaki widzieliśmy to  auto straży granicznej. Zjeżdżając z głównej drogi, odnosiło się nieodparte wrażenie, że za chwile wyskoczy nam na jezdnie jakiś żubr albo sarna 😀 Bagniska i same lasy nie zachęcały do szybkiej jazdy.  Na miejscu przemili gospodarze zapewnili nam cieple i czyste lokum.  Wspomnę tylko, że temperatura była prawie 10 stopni niższa niż w Warszawie !!!

Szybkie wiercenie, nęcenie i tak raz za razem  

Wieczorna narada nakreśliła jasno cel na pierwszy dzień łowienia. Mieliśmy się skupić na rozpoznaniu łowiska we wstępnie wytypowanym miejscu. Studiowane wcześniej mapy batymetryczne, ułatwiają zlokalizowanie głębszego miejsca ze starym korytem rzeki. Zagłebienie ma około 5m głębokości, reszta to blat stopniowo wypłycający się w stronę brzegu. Na dnie nie było zupełnie nic ciekawego, różnice w głębokościach tak subtelne, że nie warte odnotowania. Jedyne o czym myśleliśmy, to znaleźć  ryby. Podzieliliśmy się na dwie załogi, jedna wybrała stacjonarne łowienie, druga bardziej aktywne. Osobiście wybrałem opcję numer dwa, ponieważ nie lubię stacjonarnego łowienia.

Na jeden przerębel poświęcam dosłownie parę minut !

Nauka nęcenia podajnikiem 🙂 

W planie miałem spacer w kierunku środka zalewu  i wiercenie dziur co 10 m. Chciałem zbadać jak najwięcej przestrzeni, dlatego po wywierceniu i zanęceniu przerębli sprawdzałem je tylko raz. W skrócie – wierciłem, zanęcałem i szedłem dalej, nęcąc kolejne łowiska. Po zrobieniu 10 – 12 dziur, wracałem do pierwszej, jeżeli nie miałem w niej brania – już do niej nie wracałem! Wolałem aktywnie szukać ryb, ponieważ na blacie ciężko określić dobre miejsce.

Tym razem prowokacja okoniowa 🙂 

Zaprzeczeniem mojej teorii było łowienie drugiej grupy – zasiadka wędkarska. Chłopaki wybrali najgłębsze miejsce które obficie zanęcili czekając na ryby. Do wody poszło naprawdę sporo zanęty, okraszonej jokerem, pinką a nawet ciętymi czerwonymi robakami! Teoria była naprawdę prosta, czekanie aż przypłyną te największe leszcze, które muszą zaparkować w nęconym miejscu. Dla ułatwienia walki z mrozem rozstawili namioty w których było naprawdę przytulnie. Nawet minimalne osłonięcie od wiatru powoduje, że łowienie staje się przyjemniejsze. Łowienie stacjonarne to oczywiście spławiki co jakiś czas zamieniane na mormyszkę.

Takich leszczyków było najwięcej, niestety 2kg łopaty omijały nas z daleka 

Pierwsze sprawdzane otwory wróżą dobre łowienie – mam zero 😀 nawet najmniejszego przygięcia kiwoka. Reszta „załogi” podobnie, z uśmiechem na twarzy dzielą się swoim wynikiem. Osobiście byłem świadomy takiego stanu rzeczy i optymistycznie trzymałem się obranej taktyki. Dopiero w następnym odwiercie mam pierwsze branie jazgarza 😛 ulga na sercu bo złowiłem cokolwiek 😀

Słońce umiliło łowienie, ale odcięło brania okoniowe 🙁

Sprawdzam kolejne otwory i w końcu trafiam na leszczyki, łowię kilkanaście ryb do 300 gr. Dopowiem tylko, że jestem jakieś 300 m od miejsca, w którym zaczynaliśmy. Głębokość mam dalej taką samą, trafiłem więc zwyczajnie na ryby. Ławica była w okolicy, dlatego udało się odłowić trochę leszczyków. Co ciekawe, nie chciały brać na małą przynętę, dopiero założenie pęczku ochotek prowokowało ospałe ryby do brania. W czasie odczepiania kolejnej ryby – dostaję mms z „namiotu” z dwoma leszczykami podobnej wielkości jak moje niedawno złowione. Skusiły się na dwie ochotki, pięknie wykładając spławik. Niestety, ryby nie zaparkowały w nęconym miejscu na dłużej , ponieważ brały falami, jedna – dwie ryby i przerwa 40 min. Taka sytuacja upewnia mnie tylko w teorii, że w dniu dzisiejszym ryby nie żerują i trzeba się natrudzić żeby coś złowić.

Kolejny, który przekonał się do łowienia na kolanach. 🙂 

Do południa udaje się złowić trochę leszczyków, krąpi i okonków. Przy takich braniach i takich warunkach naprawdę trzeba uznać to za sukces! Duże ryby zupełnie nas omijały, dlatego skupiliśmy się na troszkę mniejszych. Rozmawiając z miejscowymi wędkarzami którzy schodzili na zero, nawet się ucieszyliśmy 😀 Atmosfera była świetna dlatego nikt nie narzekał.

Tam … gdzieś, daleko jest nasza miejscówka 😀

Drugą część dnia postanowilismy poświęcic na inna część zbiornika. Jeszcze bardziej płytką, jednak z ciekawymi miejscówkami. Od parkingu czekał nas na dzień dobry przeszło 2km spacer 😀 Na całe szczęście na formę nie narzekamy, dlatego droga minęła bardzo szybko. Troszkę krążenia po lodzie i szukanie dobrego miejsca nabija kolejne metry, a te zmieniaja się w kilometry 😀 Szukanie dobrej miejscówki na nieznanej wodzie niestety wymaga małego poświęcenia. Tym bardziej jeżeli mówimy o tak dużej powierzchni do obłowienia.

I znów to samo, otwór za otworem 

Obławiam kolejną serię „dziur”

Nowa miejscówka obdarowała nas małymi okonkami w ilościach hurtowych….. przeplatanymi jazgarkami.

Prawie kilogramy okoń … 😉 

Jedyna większa ryba spięła się po zacięciu, ale był to prawdopodobnie szczupak, których wiele pływa w okolicznych krzakach. Przed samym końcem dnia podejmujemy decyzję o kapitulacji i wracamy do samochodu. Znów do przejścia mamy ładnych parę kilometrów 😀 lekkie podsumowanie i mamy na pewno 8 km w nogach, w pełnym „umundurowaniu”.

Miejscówka leszczowa cieszyła się sporym powodzeniem 😀 

Drugi dzień łowienia ograniczyliśmy do miejsca gdzie zaczynaliśmy. Wiedzieliśmy na czym stoimy i gdzie można spodziewać się ryb. Wstępnie można było określić gdzie przebywają ławice, liczyliśmy także że wczorajsze nęcenie zwabi i zatrzyma leszcze na miejscu. Chłopaki tym razem bez namiotów siadają we wczorajszych dziurach. Mają nadzieję, że wczorajsze nęcenie ściągnęło ryby z okolicy. Mieli dobre przeczucie ponieważ po 20 leszczu przestają już liczyć… ryby biorą jedna za druga. Bardzo dużo obcierek świadczy że ryb w łowisku jest bardzo dużo. W nocy w łowisku zaparkowało dużo leszczy i nie miały zamiaru uciekać. Systematycznie podawana ochotka utrzymuje żarłoczne rybki do końca dnia!

Pod samym brzegiem brały piękne płotki ! 

Ja natomiast skupiłem się na poszukiwaniu ryb, także w okolicy brzegu. Na 1 metrowej wodzie udało się złowić trochę ładnych płotek, brały bardzo pewnie pod warunkiem, że było się absolutnie cicho. Na wodzie 5m brały leszczyki różnych rozmiarów, niestety żaden nie przekroczył 500 gr.

Michał dał popis łowienia leszczy….. przepraszam leszczyków 🙂 

Tym razem było widać, ze ryby „wkręcały” się w nęcone miejsce. Okonie, których pływa sporo brały bardzo delikatnie i tylko z  rana, po wyjściu słońca wszystkie znikały jak zaczarowane. Trzeba było wykorzystać pierwszą godzinę bo później złowienie garbusa graniczyło z cudem. Dlatego, pierwsze cztery kwadranse poświęciłem na bieganie za okoniami a później odławiałem białe ryby.

Końcówka łowienia i czekanie na leszcze 😀 

Niestety dalej duże ryby omijały nas szerokim łukiem. Być może kolejne dni łowienia pozwoliliby lepiej poznać zwyczaje tamtejszych ryb. Włącznie ze ścieżkami jakimi pływają w poszukiwaniu pożywienia. Cieszyliśmy się z tego co złowiliśmy, pomimo braku okazów. Niestety gwarancji dużych ryb nie ma w Polsce praktycznie nigdzie. Trzeba się cieszyć z tego co mamy i odławiać to co można w danej chwili.

Tekst i Foto: Marcin Kostera

Facebook