Urlop na leszczowo

Sposobów na spędzanie urlopu jest wiele, większość  naszych rodaków wyjeżdża albo robi bardzo modne ostatnio remonty 😀 Na całe szczęście należę do grupy wędkarskich fanatyków, którzy muszą mieć wpisane w planie urlopowym wędkowanie! Co by się nie działo, przynajmniej dwa dni spędzam nad wodą w poszukiwaniu okazów. Nie inaczej było w roku bieżącym, żona została postawiona przed faktem dokonanym i o dziwno nie protestowała, w końcu najlepiej można odpocząć nad wodą.

Plan działania miałem bardzo jasny i prosty. Skupiam się na doskonaleniu drgającej szczytówki w lekkiej odmianie. Tyczki  i matchówki zostawiam w szafie, chce posiedzieć w spokoju i nie targać za sobą wielkiej ilości klamotów. Sprzęt ograniczam do minimum, dwie wędki, krzesło, pojemnik na zanętę, podbierak i termos z herbatą 🙂 Co by nie mówić, takie łowienie sprawia mi sporo frajdy !

Na wstępnie wspomniałem o dwóch dniach, dlatego dla lepszego zobrazowania swoich poczynań opiszę oddzielnie każdy z nich 😉  Wiąże się to także z moimi połowami, ale o tym przekonacie się w czytając teksty.

DSC_3329

Moja szczęśliwa koszulka 🙂 czy tym razem również przyniesie mi szczęście ?

Przygotowania do pierwszego dnia łowienia zaczynają się wieczorem. Nie lubię tracić czasu nad wodą, dlatego wieczorne mieszanie to swoisty rytuał. Dawno stwierdziłem, że nie ma złotych mieszanek, kwestia tego co chcemy osiągnąć wsypując do kotła daną zanętę.  Mi zależy na mocno przygaszonej pracy, dlatego wsypuję drobną mieszankę i mocno ją dowilżam.  Nie obawiam się o przemoczenie, ponieważ zanęta chłonie sporo wody. Nad wodą delikatnie tylko ją  dowilże i przetrę przez sito. Robiąc te wszystkie czynności nad wodą, nie ma pewności, że wszystkie składniki wypiją wodę, inna sprawa czas….. jesteśmy do przodu o jakieś 20-30 min 🙂 Mieszam także glinę z ziemią – dwie paczki wiążącej z paczką ziemi, tworzą pulchną ale ciężką mieszankę. Nie doklejam już całości, ani nie daję grama wody, jedynie przecieram przez sito. Mieszankę do nęcenia mam już gotową i spakowaną 😛  Szykując się wieczorem, jadę na łowiska które znam i wiem czego mogę się spodziewać. Poza tym są pewne schematy, które warto wykorzystywać. Po południu przygotowuję także sprzęt, zbroję wędki i szykuję wszystko praktycznie na TIP – TOP.

DSC_3338

Budzik nastawiony na 4 rano… na nogach jestem od 3.30 …  Niestety tak to bywa, gdy czuć ryby w powietrzu 🙂 Lekkie ochłodzenie i stabilne ciśnienie dobrze wróżą. Idąc na łowisko, cieszę się samym pobytem nad wodą. Dla mnie to prawdziwy urlop i relaks! Rozłożenie fotela, przystawki zajmuje dosłownie chwilkę. Mieszam ze sobą zanętę (lekko ją dowilżam) z gliną. Mieszanka wyszła ciężka, ale bardzo sypka, zbyt klejąca nie wydostała by się z koszyka. Dodaję przynęty, które wyciągam z zamrażalki dzień wcześniej. Na swoje prywatne łowienie bardzo rzadko używam  żywych przynęt, dlatego przygotowany zapas zawsze czeka na mnie w chłodni  – opis ich przygotowania TUTAJ. Mrożony jokers, kaster i białe robaki wzbogacają mieszankę. Pamiętajmy, że uśmiercone przynęty nie ściągają drobnicy, są bardziej selektywne.

DSC_3383 DSC_3374Mrożonki wystarczy wrzucić do wody i poczekać około 30 min 🙂

DSC_3392

Gotowa mieszanka do nęcenia 

Mieszanka wyszła bardzo treściwa i pachnie bardzo apetycznie  🙂 Lekka korzenna nuta towarzyszy mi do końca dnia, ale czy takie rozwiązanie będzie odpowiadało rybom? Czas pokaże. Tymczasem odmierzam sobie odległości na wszystkich wędkach. Wędka do nęcenia idzie na pierwszy ogień, solidna karpiówka ze sporym koszykiem  i plecionką – to mój zestaw obowiązkowy. Precyzja nęcenia takim zestawem jest bardzo duża, ale  wymagana jest odrobina wprawy. Obieram azymut, lekki wymach i koszyk ląduje na 32m. Skąd wiem, że na 32m ? Wystarczy zajrzeć do tekstu TUTAJ. Między prętami mam dokładnie 4m odległość, 8 obrotów równa się dystansowi na którym łowię. Oczywiście żyłka, bądź plecionka założona na klipsie dokładnie oznacza odległość na której łowię. Być może brzmi to troszkę skomplikowanie, ale jest bardzo proste i co najważniejsze skuteczne  🙂

DSC_3395 DSC_3397 DSC_3401Proces napełniania koszyczka służącego do nęcenia

DSC_3411

Koszyk do nęcenia wstępnego przygotowany

Plecionkę  zakładam na klipsie i zaczynam nęcenie.  Zajmuje mi to sporo czasu, ponieważ ¾ mieszanki podaję na samym początku. Zostawiam sobie tylko tyle, ile potrzebuję do łowienia. Nie planuję już donęcać w trakcie łowienia – poza tym, co jest w małym podajniku. Skupiam się na rzucaniu, staram się poprawić ten element i być bardzo perfekcyjny. Powtarzalność przychodzi z czasem, ale zawsze można coś poprawić 😀 Po 15 minutach łowisko mam już zanęcone. Wędki przygotowane, z tym, że jedną postanowiłem zrobić na metodę, drugą klasycznie na pętlach – sposób wiązania TUTAJ. Dwie różne metody, jedna bardzo selektywna (przynęta to dwa czerwone) – metoda, druga to klasycznie delikatny picker.

Stanowisko rozłożone i przygotowane, w sumie z nęceniem to 40 min :O Teraz przyszedł czas, żeby coś zjeść i napić się herbaty. Wędek nie zarzucam, czekam spokojnie, aby łowisko „ochłonęło” po nęceniu. Delektuje się ciszą i spokojem, obserwuję spokojną powierzchnię wody. Widać żerujące ryby, co jakiś czas większy rybon efektownie wyskakuje nad powierzchnię, zostawiając rozchodzące się kręgi. Być może są to obiekty westchnień miejscowych karpiarzy, którzy usilnie próbują złowić cwane i duże karpie. Na śniadanko przypłynęły także kaczki i przywędrowała mała myszka. Nie mogłem zostać obojętny i część zanęty przeznaczona została na dokarmienie. Gryzoń tak się zajął jedzeniem, że nawet udało się zrobić mała sesję fotograficzną.

DSC_9579

 Miło się obcuje z przyrodą, ale czas zacząć łowić 🙂 Metodę stawiam na grubego zwierza i mogę skończyć opis tej wędki…… bo nic na nią nie złowiłem (tak bywa 🙂 ) Prym wiedzie delikatny picker, któremu na start montuję przypon  grubości 0,09mm o długości 60cm. Pierwsze ryby najczęściej są mniejszych rozmiarów, dlatego traktuję to rozruchowo. Nadziewam jednego białego robaka, napełniam koszyk mieszanką i posyłam w łowisko. Wędki jednak nie odkładam, tylko pilnuję i reaguję na każde brania. Pierwsze meldują się wszędobylskie płocie, pięknie lśniące w porannym słońcu ryby dzielnie walczą na lekkim sprzęcie.

DSC_3427 DSC_3315 Płocie to najczęściej pierwsze ryby w łowisku

Brania także są bardzo delikatne i subtelne…. Na pewno sporo z nich nie udało by się zobaczyć na topornym sprzęcie. Finezja wygrywa z topornością o dwie długości!

DSC_3311

Piękny poranny widok – dzielnie walcząca płoć 

Któreś z kolei branie, jest troszkę inne, szczytówka wygina się niczym branie karpia -zacięcie jest zbędne. Podnoszę kij do góry i czuję nieruchomy opór, łowcy leszczy znają to uczucie. Spora ryba po malutku daje się podciągnąć, pod brzegiem problemem jest podciągnięcie jej do góry – masa robi swoje.

DSC_3443

DSC_3461

Takiego brania nie da się nie zauważyć

Naszykowany podbierak, ledwie mieści piękną prawie 3 kg łopatę złowioną na przypon 0,09mm! Adrenalina która mi towarzyszyła w trakcie holu, jest nie do opisania, brązowy dzikus dał mi niesamowitą frajdę! Po rybie zmieniam przypon na 0,10mm i większy haczyk, powód bardzo prosty – jeżeli był jeden, może  być ich więcej. Duże leszcze, nawet w mało obfitych wodach PZW chodzą małymi stadami. Specjalnie dla nich, do mieszanki którą upycham w koszyk dorzucam sporą garść kasterów i grubych białych robaków – specjalnie pod większe ryby. Na hak nadziewam martwe białe i zestaw ląduje w wodzie. Brak brań oznacza, że drobnica została przegoniona z łowiska i zostały większe ryby, świadczą także o tym obcierki. W takim momencie nie zacinam  od razu, wyczekuję bardzo pewnego brania. Zasada bardzo podobna do spławika, gdy łowię duże ryby. Napięcie po malutku rośnie, w głowie mam świadomość, że kolejny ubot czeka w łowisku. Pewne branie jest kopią wcześniejszego, spokojne ale bardzo widoczne przygięcie szczytówki kwituję tylko podniesieniem kija do góry. Znów nieruchomy opór, który zaczyna odpływać, zdążam jednak zdjąć żyłkę z klipsa. Ryba odpływa jakieś 10m poza łowisko i daje się lekkim pompowaniem podciągnąć do brzegu.

13730595_167327343685392_1151982189_o 13702403_167327517018708_104901427_o


Piękne dwa pierwsze leszcze cieszą mnie bardzo 🙂

W promieniach wschodzącego słońca widzę pod powierzchnią wody wielkiego leszcza. Próbę podciągnięcia, ryba kwituje zrywem na parę metrów, całe szczęście dobrze wyregulowany hamulec działa bez zarzutu. Po chwili i lekkiej obawie czy wejdzie w kosz, umieszczam leszcza w podbieraku. Banan na mojej buzi mówi i obrazuje wszystko 😀 Znów piękna, spora ryba trafia na moje konto. Naprawdę jest pięknie! Rybę delikatnie odczepiam i wpuszczam do dużej  siatki. Na koniec zrobię  parę pamiątkowych fotek, buzi i do wody.

DSC_3355

Hol na lekkim sprzęcie sprawia niesamowicie dużo frajdy 🙂

Naprawdę muszę chwilę odsapnąć! Nalewam herbaty, zjadam kolejną porcję jedzenia i wymieniam przypon na nowy. Rada dla początkujących – po większej rybie łowiąc delikatnie koniecznie trzeba wymieniać przypon, nawet jeżeli wygląda na cały. Delikatna żyłka po holu może mieć ukrytą wadę której nie zobaczymy, zerwana ryba zweryfikuje lenistwo. Zakładam więc po raz kolejny 80 cm kawałek żyłki uzbrojony w haczyk numer 20. Dojadam, łapię łyk herbaty i znów zarzucam. Ktoś sobie pomyśli, że szkoda czasu, że to wszystko obijanie …. DSC_3325Przypominam tylko, że to urlop a nie pogoń za dużą ilością ryb 🙂 Chcę i  lubię wypoczywać, a leszcze pięknie mi to wynagradzają. Bo kolejny rzut i łowię już 3 łopatę :O  pomyśleć jak można nie lubić wędkarstwa 😛 Jednak, żeby nie było tak kolorowo, 4 rybę po 20 min walki spinam. Niestety coś podpinam, sporej wielkości ryba musiała się zachaczyć w okolicach brzucha. Nie dawała się podciągnąć, ciężar był niesamowity! Podejrzewam karpia, ponieważ odjazdy były naprawdę długie i nie do zatrzymania. Mówi się szkoda i w nagrodę łowię kolejną rybę 😀 tym razem 1,5 kg leszcz dzielnie stawia mi czoła. Ryby z dzikiej wody naprawdę są bardzo silne! Nieporównywalnie bardziej niż z komercyjnych bajorek. Być może dlatego dzikusy cenie dwa razy wyżej niż ich sztucznych braci.

Po czwartym leszczu łowisko opanowują mniejsze osobniki bremesów, które od razu lądują w wodzie. DSC_3449Biorą bardzo łapczywie i w tempo 🙂 Sporo łowię od razu po wpadnięciu koszyka do wody! Końcówkę mam bardzo słabą, ponieważ słońce już mocno świeci i prawdopodobnie ryby  wyjadły już wszystko. Świadczą o tym łowione co rzut jazgarze. Dla mnie to znak, że czas zakończyć łowienie. Gdybym chciał łowić dalej,  wrzucił bym znów solidną porcję zanęty z gliną okraszoną robakami. Na całe szczęście czuję się wyłowiony, dlatego decyduję się zakończyć łowienie. W siatce mam piękne ryby, którym robię szybkie zdjęcia. Na mokrej macie leszcze są bezpieczne, dodatkowo polewam je wodą żeby ich nie uszkodzić. Szybkie zdjęcia i bohaterowie dzisiejszego dnia odpływają machając mi ogonami na pożegnanie.

DSC_3507

Cztery piękne leszcze na macie 🙂

Czy można sobie wymarzyć lepsze rozpoczęcie urlopu? Myślę, że nie  🙂 dla mnie ten dzień zakończył się niesamowicie. Piękne ryby złowione na delikatny sprzęt, znów potwierdziły słuszny wybór metody. Mogłem nie tylko cieszyć się z ładnych brań, ale także czerpać przyjemność z holu. Ostrożne ryby udało się złowić i co ważne wypuścić! Żyją sobie dalej, zwiększając swoje rozmiary. Mam nadzieję, że jeszcze w tym roku będzie mi dane złowić dokładnie te same ryby.

DSC_3522

Brązowe leszcze to moja nagroda za ranne wstawanie

Tymczasem ucieszony pakuje sprzęt do samochodu i planuję kolejną wyprawę. Ta odbędzie się za dwa dni z mocnym postanowieniem złowienia dużego lina 😀 Czy mi się udało ? O tym dowiecie się w drugiej części 😀

Tekst: Marcin Kostera

Foto: Marcin Kostera, Daniel Węgrzyniak

 

Facebook