Wyczynowy feeder od podstaw

Zaskoczyły nas wielkie leszcze, łowione na feeder ….. tak mógłbym zacząć, ale od początku. Jak zawsze wyczekuję wolnych dni, które przychodzą wraz  z  weekendem majowym. Niestety w tym roku pogoda nie nastrajała do typowego majowego wypoczynku. Prognozowany deszcz i niska temperatura spowodowały, że najchętniej nie ruszałbym się z domu. Jednak nie od dziś wiadomo, że dla wędkarza, pogoda może być dobra lub bardzo dobra. 

Przy okazji kolejnej wyprawy wędkarskiej, postanowiłem zaprosić na łowienie, ubiegłorocznego vice mistrza polski juniorów w spinningu (planowaliśmy wspólne łowienie jednak ciężko było się umówić na wspólne łowy). Z Michałem znamy się od kilku lat, jednak nie było okazji do tej pory żeby razem połowić. Wspominał, że chciałby spróbować swoich sił w metodzie gruntowej …, która zawsze wydawała mu się nudna i monotonna 🙂 Dla zagorzałego spinningisty to normalne, jednak Michał ma korzenie spławikowca, tak więc powinien sobie poradzić. Mnie osobiście cieszy fakt, że dzięki portalowi , ktoś chce pogłębiać swoją wiedzę wędkarską, a także łowić w moim towarzystwie.

Michał podbiera pierwszego dużego leszcza 

Wypad zaplanowaliśmy na pierwszą wolną sobotę. Najbardziej zależało mi na zaszczepieniu w młodym człowieku „pierwiastka grunciarza”. Jakkolwiek by to zabrzmiało, chciałem mu pokazać lekką i delikatną odmianę gruntówki, tak często wspominaną  na łamach naszego portalu. To właśnie dzięki wpisom i przede wszystkim zdjęciom, Michał postanowił spróbować swoich sił z drgającą szczytówką. Nie zdziwił mnie także fakt, że na umówionym miejscu był już przed czasem. Chciał na spokojnie rozpakować sprzęt, oraz przygotować mieszankę pod moim okiem. Mieliśmy łowić razem, dlatego poczekałem z rozrobieniem zanęty oraz ziemi. Jeszcze przed rozstawieniem kosza przetarł 3 paczki ziemi zmieszanej z klejem. Gotową mieszankę można kupić w sklepie, ewentualnie nad wodą dosypać bentonitu. My poszliśmy na łatwiznę 😛 W drugim kotle poprosiłem o wymieszanie 1 kg zanęty Venire Lin – Karaś. Zanęta dobrze znana z naszych wpisów, np. w tym MIEJSCU. Gdy zanęta „dochodzi” w pojemniku, spokojnie zostawiamy stanowiska – wygodne siedzenie to podstawa. Nie wyobrażam sobie siedzenia paru godzin np. na wiadrze, kręgosłup z czasem może zwyczajnie odmówić posłuszeństwa! Sprzętu obaj mamy bardzo mało, dlatego po 15 minutach jesteśmy gotowi. Zanętę dowilżamy i mieszamy z ziemią.  Robimy jedną mieszankę, do której wędrują jokers, kaster, pinka i martwe białe robaki. Nie ma potrzeby „kombinowania” z  różnymi mieszankami. Wszystko ma być proste, mało skomplikowane. Mina młodego adepta mówiła wszystko 🙂 to naprawdę jest bardzo proste. Trudniejsza rzecz miała go spotkać za chwilę, mianowicie nęcenie. Najpierw jednak szybka instrukcja, po co są te dwa wbite w ziemie pręty. Odmierzanie odległości jest bardzo ważne, dlatego zwracam na to szczególną uwagę. Uświadamiam Michała, iż  trzeba wiedzieć, gdzie jest pole nęcenia, dzięki temu może łowić przed, za, albo centralnie w zanęcie. Bez tego, ciężko wyciągać prawidłowe wnioski w trakcie łowienia.

Mieszanka do nęcenia wstępnego ma czarny kolor 

Odmierzenie to jedno, prawidłowe nęcenie to drugie. Wyrzucenie karpiową wędką dużego koszyka, wcale nie jest łatwe, tym bardziej na plecionce. Pierwsze próby, jak zawsze są dalekie od ideału, ale z czasem idzie mu coraz lepiej. Z premedytacją łowimy blisko bo na 32 m. Tak krótki dystans wybacza większość błędów – idealnie dla kogoś, kto zaczyna. W międzyczasie, dołącza do nas Maciek, który tak się zaraził „pickerem” , że od pół roku nie łowił na spławik :). Niestety tak to bywa, gdy ktoś zacznie łowić duże ryby 😉 zanętę i ziemie przygotowuje identycznie – nauczony doświadczeniem. Dystans ustaliśmy wspólnie, żeby równo łowić.

Zestaw zbudowany na pętlach, wraz z małym 4 gr koszykiem 

Gdy Michał i Maciek zanęcili, przystąpiliśmy do zrobienia zestawu. Wędka to delikatny picker dla początkującego ( Black draft 2,7 m mikado ) z małym kołowrotkiem. Spytany o to czy nie jest za delikatnie, lekko się uśmiecham 🙂 łowimy na malutkie koszyki i cienkie przypony, dlatego konieczna jest amortyzacja i finezja. Zestawy budujemy na pętlach – sposób wykonania TU. Zakładamy małe 4 gr koszyczki własnej produkcji i przypon na początek 0,09 mm ! Pierwsze ryby to najczęściej małe płotki i leszczyki, dlatego nie trzeba od razu łowić grubo czyli 0,10 mm 🙂.

Moja mieszanka na daleki dystans

Parę słów o moim łowieniu. Oczywiście nęcę identycznie jak chłopaki na 32 m, ale dodatkowo nęcę jeszcze linię na 52 m. Wiąże  się to z doskonaleniem łowienia na dalekim dystansie, który staram się coraz lepiej opanować. Wiadomo, wiązało się to z zakupem nowego sprzętu zarówno do łowienia jak i nęcenia. Dalekie łowienie jest trudniejsze, ale jak już pokazuje kolejny wypad – przynosi bardzo ładne ryby 🙂 Mieszanka którą  podaje na 52 m, jest bardziej bogata w zanętę i dodaję do niej więcej grubych dodatków – z myślą o bonusach. Do koszyczka nabijam czystą zanętę z dodatkiem kukurydzy, czerwonych robaków i grubych białych. Zanęta jest bardziej selektywna i z założenia powinna kusić tylko większe ryby. Czy tak się stało ? o tym w dalszej części.

Dwa kije i dwa dystanse 

Łowienie rozpoczynamy prawie jednocześnie. Obaj panowie na M, łowią na jedną wędkę, którą trzymają na kolanie. Kolejna porada, którą trzeba opanować i się jej nauczyć. Nie jestem zwolennikiem odkładania wędki daleko od łowiącego. Kontakt z blankiem musi być cały czas, bynajmniej dla lepszej „kontroli napięcia szczytówki”, znacznie łatwiej także o natychmiastową reakcję na branie! Te mamy dosłownie po paru minutach. Pierwszego małego leszczyka łowi Michał :), przed łowieniem uprzedzałem, że nie ryby są najważniejsze – tylko nauczenie się techniki. Jednak ryby nie próżnowały i w bardzo ponury dzień, rewelacyjnie żerowały.  Początkowo to oczywiście maluszki, które bardzo łatwo zwabić, zamieszaniem jakie się dzieje po zanęceniu. Jednak po złowieniu paru małych leszczyków, jak za dotknięciem magicznej różdżki brania ustają. Od razu wiem czego się spodziewać, dlatego nie dziwi mnie fakt, gdy po zacięciu Michał stwierdza, że ma coś dużego. Podchodzę zrobić parę zdjęć i niestety ryba spada 🙁  Zmienia przypon na 0,10 mm i znów zaczyna łowić. W między czasie Maciek, wyjmuje pięknego, przeszło 2 kg samca leszcza z wysypką tarłową. Brązowa ryba jest w rewelacyjnej kondycji!

Pierwszy tego dnia ładny leszcz, pozuje do zdjęcia 

Kolejną rybę zacina Michał, który branie ma po 10 minutach od zarzucenia. Lekkie przygięcie szczytówki, skwitował zacięciem i rozpoczął delikatny hol. Tym razem widać po minie holującego, że ma więcej respektu do ryby. Stara się reagować na każdy ruch ryby, dobrze ustawiony hamulec, pomaga mu w walce. Długi czas nie możemy dostrzec z czym mamy do czynienia. Po ładnych paru minutach na powierzchni wykłada się leszcz i od razu życiówka 😀 Radość niesamowita! Kładziemy rybę na macie i robimy kilka zdjęć. Od ładnych kilkudziesięciu minut nie łowię, tylko obserwuję – ale warto patrzeć na zadowolone miny 😀 Poniżej zdjęcie pierwszego leszcza 🙂

Ta ryba już się zbliża do 3 kg, piękny brązowy kolor to domena dużego leszcza 😀

Siadam w końcu na stanowisko i zarzucam wędki. Branie mam od razu na dalekim dystansie 🙂 Ryba idzie bardzo powoli i lekko w bok. Pod brzegiem pokazuje się spodziewana ryba – spory karaś srebrzysty. Szybkie dwa zdjęcia i znów muszę iść do chłopaków 🙂

Moja pierwsza ryba, 700 gr karaś srebrzysty złowiony z 52 m 

Tym razem, holują ryby jednocześnie. Kolejne leszcze dzielnie walczą i stawiają duży opór. Kto raz holował tej wielkości rybę na pewno wie o czym piszę, charakterystyczne szarpania głową to typowy sposób na uwolnienie się z haczyka. Mała przynęta na jaką się skusiły, musi być założona na malutki hak, dlatego tak ważna jest umiejętność skutecznego holu. Widać, że chłopaki mają to opanowane, ponieważ po paru minutach, pozują na macie z dwoma leszczami. Moja skromna osoba znów robi za fotoreportera i pstryka szybkie zdjęcia. Piękny dublecik to nagroda dla młodych łowców 🙂

Tym razem leszczowy „dublecik”

Nie dane było odpocząć, ponieważ wracam do siebie ( znów 🙂 ) i zacinam duża rybę na bliskiej odległości. Holuję niezwykle delikatnie, ponieważ wiem co mam na końcu. Na pewno spory leszcz, skusił się na pęczek ochotek. Naprawdę mam problem by podciągnąć rybę bliżej brzegu … Po cichu liczę na tegoroczny rekord i udaje mi się to w pełni! W podbieraku ląduję piękną, ponad 4 kg samicę leszcza. Widok niesamowity! Naprawdę, jestem ucieszony i szczęśliwy z tego powodu. Kolega później pisze mi wiadomość „w końcu go wyczekałeś” 😛 Zdjęcie mówi wszystko

Tegoroczny rekord leszcza 🙂 Piękna łopata złowiona na cienki przypon 

Dla mnie łowienie już się może kończyć, jednak młodzi nie dadzą mi chwili wytchnienia. Michał holuje kolejną dużą rybę, mocno wygięty kij i skupiona mina mówią wszystko. Walka jest bardziej dynamiczna, odjazdy jakby szybsze. Nie jest to na pewno leszcz, być może coś przypadkowo podczepione. Spoglądamy w toń wody i zauważamy pięknego lina! Ryba, na którą wyczekuje się wiele godzin nad wodą, trafia się debiutantowi z drgającą szczytówką 😛 Szczęście debiutanta ?? Coś w tym jest ….. Po szybkich oględzinach ryby i zdjęciach, nieśmiało oznajmia, że to kolejny rekord życiowy 😀

Kolejna życiówka Michała 🙂 

Maciek nie jest dłużny i łowi sobie po cichu kolejne leszcze …  niestety same samce, które nie przekraczają 2,5 kg. Samica leszcza byłaby na pewno nagrodą, niestety do końca dnia, nie udaje mu się złowić ani jednej 🙂 nadrobił za to ilością brązowych łopat  .. 

Kolejny brązowy leszcz pozuje do zdjęcia 

To co się nie udało Maćkowi, udaje się Michałowi. Po raz kolejny, ustanawia swoją życiówkę i podbiera piękną samicę leszcza. Tak duże ryby walczą bardzo spokojnie i stosunkowo łatwo je wyjąć. Wypchana ikrą samica zasługuje na szacunek i bezwzględnie, należy się jej ostrożne traktowanie. Często ludzie o tym zapominają, bądź nawet nie wiedzą co to znaczy …. 🙁

Tym razem piękna samica leszcza w rękach Michała … 🙂 

Jako ciekawostkę powiem jeszcze, że gdy Michał łowi swojego największego leszcza, ja w tym samym czasie wyjmuję kolejną piękną samicę, a Maciek samca 🙂 Tak więc zdjęcie z trzema leszczami, jest ukoronowaniem naszej wyprawy.

Tym razem tercet leszczy 

Piękne ryby trafiły się także mojej osobie …  trenowanie dystansu przynosi mi osobistą satysfakcję. Wszystko wychodzi dużo prościej, zarzucanie, nęcenie jest coraz bardziej powtarzalne. Efektem mojego postępu, jest całkiem ładny lin i karaś. Ryby które sprawiają mi naprawdę dużo radości. Moje podejście do linów jest niezmienne od lat – uwielbiam je łowić 😀  Poniżej dystansowy linek autora 😛

Lin to dla mnie prawdziwy rodzynek 🙂 dlatego cieszę się podwójnie 🙂 

Łowienie kończymy w pełni usatysfakcjonowani, jesteśmy wyłowieni. Ryby naprawdę dopisały. Poniżej efekt naszego łowienia. Ryby zmieściły się na macie, jednak mieliśmy małe problemy 😛

Wyłowieni i zadowoleni 🙂

Oczywiście, nie obeszło by się bez delikatnego wypuszczenia wszystkich rybek. Każda bez wyjątku odpłynęła w doskonałej kondycji i na pewno jeszcze nie raz się z nią spotkamy.

To nie zarybienie 🙂 to wypuszczenie ryb 🙂

Michał podziękował, za rewelacyjne łowienie! Można powiedzieć, że operacja się udała – połknął bakcyla. Zapowiedział więcej treningów, nie tylko ze spinningiem w dłoni. Dla mnie to osobista satysfakcja i radość – cieszy również fakt, że młoda osoba dba o ryby. To mnie uświadamia, że jest iskierka nadziei i nadejdzie czas prawdziwego NO KILL

Do następnego razu

Tekst: Marcin Kostera

Foto: Marcin Kostera, Karol Kostera, Maciek Krosnowski

 

Facebook